EineHexe
Pani Ołówkowa, adminka
Dołączył: 11 Lut 2010
Posty: 476
Przeczytał: 0 tematów
Ostrzeżeń: 0/3
Płeć: Kobieta
|
Wysłany: Śro 21:10, 25 Kwi 2012 Temat postu: Sound of Music |
|
|
Przybyłam do Salzburga, zobaczyłam, wyszłam pokonana i podbita. Ale zacznijmyż od początku.
Siostrzyczki zakonne - razem brzmią jak anioły, pojedynczo też nie gorzej. Siostra Margherita przecudnie komiczna (uwielbiam gdy tuż przed ślubem Marii pociąga dyskretnie z piersiówki. Albo gdy w rozmowie o Marii na samym początku w poważną atmosferę wprowadza znienacka nutę frywolnej radości, oznajmiając, że Maria ją rozśmiesza). Mutter Oberin surowa jak trzeba i macierzyńska jak trzeba, a w "Climb Every Mountain" wieńczącym akt I wyciskała ze mnie łzy soczyste.
Dzieci - absolutnie przeurocze, śpiewają ślicznie i generalnie emanują urokiem, nie do pobicia. Oraz są znakomite aktorsko, wszystkie, od najmniejszego do największego.
Maria, czyli Wietske van Tongeren - przecudowna. Pełna zaraźliwej energii i równie zaraźliwego uroku, nie sposób nie śmiać się z Marią, nie martwić z nią i trudno się powstrzymać od śpiewania razem z nią
I wreszcie ten najważniejszy, przynajmniej dla mnie. Uwe. Uwe, Uwe, och mój Uwe... Aktorsko jego kapitan von Trapp był bardziej komiczny niż cokolwiek innego i chichotałam przez niego nie raz. Ale kiedy było trzeba chwytał za gardło wzruszeniem. No i jego oraz Wietske chemia z dziećmi, tu nie było wątpliwości, dzieciaki lubiły ich, a oni dzieci. Osobiście najbardziej uwielbiałam singalongi na zakończenie, kiedy publiczność śpiewała razem z aktorami, a Uwe i najmłodsi urządzali sobie na scenie konkurs pod tytułem "kto będzie miał większą głupawkę" (tak przy okazji, kochany kapitanie, proszę się nie śmiać, kiedy przedstawiasz dzieci Marii i masz być surowym, zimnym ojcem. Ja wiem, te najmłodsze są przesłodkie, ale Uwciu, jednak wiesz...)
Jednak brakowało mi w tym kapitanie odrobiny siły. Kiedyś Uwe potrafił zagrać takiego silnego, charyzmatycznego gościa, co przestawiał innych ruchem brwi. A kapitan był, well, głównie przestraszony. Bał się dzieci, własnych uczuć, życia, wszystkiego i nawet Max nim rządził jak chciał, o narzeczonej nie wspominając. Trudno trochę uwierzyć, że człowiek z miną przestraszonego zająca nawet wobec własnych dzieci, mógł skutecznie dowodzić okrętem wojennym.
Wokalnie zaś, to owszem, cudu nie było. Fałszy było bardzo niewiele, ale słychać było, że jego głos jest uszkodzony. Nie brzmi tak dobrze jak kiedyś. Ale, Boziu, miał takie przebłyski dawnej chwały, to było coś cudownego. Gdyby on tak cały czas śpiewał, to osobiście klęczałabym pod sceną w ekstazie, śpiewając "Gloria in excelsis Uwe". Czciłabym jak bóstwo i proch u stópek zamiatała. Jego głos musiał być kiedyś naprawdę, naprawdę niezwykły. Magiczny.
Emocje jakie we mnie eksplodowały po wysłuchaniu Uwe na żywo, tylko w niewielkim stopniu znalazły swe ujście w tym, co mu powiedziałam pod stagedoorem podczas obydwu wieczorów. Kwiaty które mu dałam też nie były adekwatne do tego co czułam, ale nawet gdybym przywlokła przed teatr całą ciężarówkę róż, to też byłoby za mało. Ten człowiek czyni prawdziwą magię, nawet teraz. Naprawdę.
|
|